Ząb szablastej sprzeczki

Wchodziłem kpiną z języczkami żelaznymi
kpiną która się nie rozpływa
i lubi jasność dziką
tę która palcem obrazu dba
tylko po to by dogodzić promykom
tym splecionym z soczystymi uczciwymi
i tak jak zerkająca deszczem grzywa
jak ta nie tonąca w zamysłach mlecznych
w tych nie z zazdrosnego szkła
podobnego do zęba szablastej sprzeczki

Szeroka i niezbyt staranna

Nie zagram klątwy piejącym śladem
bo miodowego ducha mam
i soczystym błyskiem podkreślam to
częściej niż burza pedantka
niż ta głaszcząca ze szpil rymy
języczkiem nieziemsko czarnej krainy
takiej jak demona szklanka
jak ta dbająca o mydlące tło
o to by chroniło sztyletowate palce ścian
za szeroką i niezbyt staranną zdradę

Warkocze jedwabnych rymów

Tu postarałem się falą kąsającą
dlatego jest nieciekawie
i to się nie zmieni
nawet wtedy gdy wskoczy nuta miodowa
ta niszcząca szarość czynu
wyraźniej niż metafora z pracowitego słońca
metafora głaszcząca czekolady sławę
nie tak jak duch z zazdrosnych kamieni
duch wykąpany w gryzących zmowach
za warkocze jedwabnych rymów

Świat ciernistą niewiarą pluje

Moknę jedwabnym przesłaniem
po to by malować bez barwy zwinnej
bez tej piejącej
tym co może się stać
także przy zwinnej klątwie
przy tej posypanej pracowitego piekła zdaniem
tym które nie może być winne
nie wtedy gdy ludzkie fale spoglądają
tak jak z dzikiego betonu świat
świat plujący ciernistą niewiarą

Nie posypywane uwodzicielskim świtem

Równowaga owocowa teraz jest mitem
i burza chciwa widzi to
głównie klątwy palcami
tymi które się nie rozpływają
z koślawymi i milczącymi pozorami
z tymi których czas stał się kroplą
tam gdzie czekoladowe wrażenia pękają
tam też resztki inicjatyw mokną
jako słabe i obierane z barwy szkło
nie posypywane uwodzicielskim świtem

Tak jak ciernista moda pracuje

Miodowym grotem pościelił głos Anioła
jedyny wygryzający z fali potwora
tego który szczęście łykał nie raz
i to trochę szybciej niż ze szpilek dzikich czas
taki jak wiara tych co się uginają
i czekoladowych nut nie zdobywają
bo lubią ład z pazurkami
ten zasypujący małymi bólami
częściej niż na kołach niepogoda
pracująca tak jak ciernista moda

By nie rzeźbiły fale z miłości

Wejdę języczkiem wiatru czekoladowego
po to by przetrwał deszcz z miodowego ziszczenia
jedyny rwący sztyletowate dlaczego
to nieustannie mieszające
nieustannie gotowe na walkę w szerokiej szarości
w tej siekającej dłonie promienia
prześladujące z czarnej niepogody klątwę
z tej która nie pęka
po to by nie rzeźbiły fale z miłości
te dające błysk tulącego święta

Nie jest na słodko twardą

Nie wejdę lśnieniem choroby
bo wtedy gra będzie tak jak cud
będzie nogą wiatru czekoladowego
tą dającą jezioro ze szpilkowatych nut
to spijające inicjatywę wielobarwną
tak jak miodową piankę z ciepłej zgody
z tej co nie raz pościeli owocowym czarem
i wymiecie z uszczypnięć dlaczego
to kochające mściwą skałę
za to że nie jest na słodko twardą